Czy można przejść Wisłę pieszo? Jeszcze niedawno takie pytanie brzmiałoby jak żart. Dziś Jan Dąbrowski postanowił sprawdzić to osobiście. 6 września w Sandomierzu rozpoczął niezwykłą wyprawę, której celem jest pokonanie około 300–400 kilometrów – przez Warszawę aż do Płocka.
Wszystko po to, by zwrócić uwagę na problem suszy i coraz mniejszych zasobów wody w Polsce.
Dziś, 11 września jego niezwykła wędrówka dotarła do Dęblina, gdzie Dąbrowski przemierzał pieszo koryto Wisły.
Projekt nosi nazwę „Wischła”. Nazwa nie jest przypadkowa – ma zwracać uwagę na sytuację, w której jedną z największych polskich rzek można miejscami przemierzać pieszo.
Jan Dąbrowski od początku nie chciał tworzyć kolejnej kampanii opartej wyłącznie na liczbach, wykresach i ostrzeżeniach. Zastanawiał się, w jaki sposób pokazać problem niedoboru wody tak, aby każdy mógł zobaczyć jego skalę.
Przeanalizował zdjęcia satelitarne różnych odcinków Wisły. Wnioski były zaskakujące – przy tak niskim stanie wody możliwe stało się pokonanie znacznej części trasy pieszo.
Pomysł jest prosty, ale jednocześnie bardzo wymowny. Człowiek idący dnem rzeki, która na co dzień kojarzy się z szerokim nurtem i potężnym żywiołem, jest obrazem trudnym do zignorowania.
Wyprawa rozpoczęła się 6 września w Sandomierzu. Kolejne etapy prowadzą wzdłuż Wisły w kierunku Warszawy, a docelowo do Płocka. Łącznie Jan Dąbrowski zamierza pokonać około 300–400 kilometrów.
Dziś, 11 września znalazł się w Dęblinie. Tego dnia przemierzał pieszo koryto Wisły na wysokości miasta, pokazując z bliska, jak niski poziom wody zmienił wygląd rzeki.
Dla Dęblina, którego historia i charakter od lat są nierozerwalnie związane z Wisłą, obraz człowieka idącego jej odsłoniętym korytem ma szczególną wymowę. Rzeka, która jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów krajobrazu miasta, w czasie suszy odsłania kolejne fragmenty swojego dna.

Wyprawa Dąbrowskiego pokazuje również, że problem niedoboru wody nie jest czymś odległym. To zjawisko, które można zobaczyć także tutaj – nad Wisłą w Dęblinie.
Najważniejszym celem projektu nie jest pobicie rekordu czy samo przejście Wisły. Chodzi o pokazanie skali problemu.
Dąbrowski chce, aby jego wyprawa była społecznym komunikatem i zachętą do rozmowy o suszy oraz gospodarowaniu wodą. Zamiast kolejnych statystyk postanowił pokazać problem własnymi krokami – przemierzając setki kilometrów korytem rzeki.
I właśnie w tym tkwi siła projektu „Wischła”. Jeden niski stan wody można uznać za lokalne zjawisko. Setki kilometrów odsłoniętego koryta pokazują jednak problem z zupełnie innej perspektywy.
Problem suszy ma znacznie szerszy wymiar. Niedobór wody wpływa na rolnictwo, środowisko, gospodarkę oraz codzienne funkcjonowanie ludzi.
Jan Dąbrowski zwraca uwagę także na sposób, w jaki gospodarujemy wodą. W wielu miejscach woda opadowa zamiast być zatrzymywana i wykorzystywana, jest możliwie szybko odprowadzana.

„Wischła” ma więc nie tylko pokazać wysychającą rzekę, ale przede wszystkim sprowokować pytania: ile mamy jeszcze czasu, aby skutecznie chronić nasze zasoby wodne? Czy potrafimy zatrzymywać wodę, zamiast pozwalać jej bezpowrotnie odpływać? I jak będzie wyglądała Wisła za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat?
Wyprawa Jana Dąbrowskiego jest próbą pokazania rzeczywistości bez dodatkowych komentarzy.
Nie trzeba przekonywać odbiorcy skomplikowanymi wykresami. Wystarczy zobaczyć człowieka idącego środkiem koryta Wisły.
300–400 kilometrów. Sandomierz – Dęblin – Warszawa – Płock. Jedna rzeka i coraz mniej wody.
„Wischła” ma być nie tylko niezwykłą wyprawą, ale także ostrzeżeniem i zachętą do refleksji nad tym, jak gospodarujemy jednym z najcenniejszych zasobów, jakie mamy.
Bo być może największym paradoksem tej historii jest to, że żeby pokazać, jak bardzo potrzebujemy wody, Jan Dąbrowski musi… iść po jej dnie.
Skontaktuj się z autorem tekstu: admin |
